logo

 
Rezerwat "Świdwie" zaprasza
 
  • Home

Wilki Świdwia

Prawie dwadzieścia lat temu zauważyliśmy małą watahę wilków przebiegającą po zamarzniętym jeziorze Świdwie. Jak trzy duchy zwierzęta przecięły zachodnią zatokę i przepadły w oczeretach. Grubość lodu pozwoliła na podejście i sprawdzenie tropów wyraźnie odciśniętych w śniegu. Od tego czasu kilka razy do roku trafialiśmy na ślady ich pobytu. Obserwowaliśmy okresy kilkudniowej, wzmożonej aktywności przedzielane kilkoma tygodniami ”wilczej posuchy”. Informacje uzyskiwane od leśników niemieckich wskazywały że wataha poluje na zmianę po polskiej i niemieckiej stronie granicy. W podobny sposób gospodarowali nasi przodkowie, łowcy z mezolitu, którzy okresowo wędrowali między terenami obfitującymi w zwierzynę. W ten sposób nie dopuszczano do nadmiernego wyjałowienia żadnego łowiska. Wilki prowadzą bardzo skryty tryb życia, mimo wielu poszukiwań tylko kilka razy dały zaobserwować się na żywo. Największa widziana wataha liczyła sześć osobników. Przez ostatnie kilkanaście lat wilki i ludzie żyją na jednym terenie nie wchodząc sobie wzajemnie w drogę. Wprawdzie po ujawnieniu obecności wilków w Puszczy Wkrzańskiej pojawiło się mnóstwo informacji dotyczących ataków watah krwiożerczych zwierząt ponoć nawet na turystów odpoczywających przy parkingu w Trzebieży, jednak nie należy ich traktować zbyt poważnie. W Polsce po 1945 roku nie odnotowano skutecznego ataku wilków na człowieka. Wcześniej ponoć tylko Czerwony Kapturek padł łupem złego wilka, ale to dla tegoż ostatniego cała afera nie skończyła się zbyt dobrze. Nasze wilki boją się i omijają ludzi, jednak trzeba pamiętać że są sprawnymi myśliwymi i muszą sobie radzić by przetrwać, większość z nas też nie przestrzega diety wyłącznie wegetariańskiej. Zwierzęta hodowlane można w prosty i tani sposób zabezpieczyć przed atakami zapewniając sobie monopol na ich mięso.

Poniżej fragment notatki dotyczącej oględzin miejsca polowania watahy wilków.

Znaleźliśmy martwą łanię oprawioną na wilczy sposób. To już szósty, pewny łup wilków w promieniu dwóch kilometrów od tego miejsca. Mimo nocnego deszczu, który nieco zatarł ślady udało się odtworzyć przebieg wydarzenia.

Kilkadziesiąt metrów od padliny odnaleźliśmy miejsce gdzie leżało kilka kłaczków sierści i plamek krwi. Tu prawdopodobnie nastąpił pierwszy atak i tu łania odniosła pierwszą ranę.

 

Trzydzieści metrów dalej nastąpił drugi atak. Zakończył się kolejną porcją kłaczków sierści  i niewielkim jeszcze krwotokiem. 

Łania przebiegła jeszcze siedem-osiem metrów i uległa trzeciemu atakowi. Tu włączył się kolejny napastnik, wgryzł się nisko w szyję i przeciął tętnicę powodując masywny krwotok i chwilowo zatrzymał krwawiącą ofiarę.

Po kilku chwilach łania ostatkiem sił przemieszcza się jeszcze 9-10 metrów krwawiąc obficie. Krwawa ścieżka składała się z drobnych, rozproszonych kropli co wskazuje że padały w ruchu z pewnej wysokości. 

W końcu padła wykrwawiając się ostatecznie. Krew pokryła glebę i rośliny dużymi plamami w małym rozproszeniu.

W czasie pożerania zdobyczy wilki przesunęły ją około dwóch metrów. Na szyi miała dwa ślady dwóch ataków. Pierwszy bezpośrednio pod żuchwą jedynie pozbawił ofiarę powietrza osłabiając ją. Drugi ulokowany niżej spowodował śmiertelny  krwotok. Taki układ ran wskazuje że łania była zabita jednocześnie przez dwa wilki. Obydwa zawisły u jej szyi. 

Następny etap to pożeranie zdobyczy. Zgodnie ze sztuką wilki przecięły skórę i powłoki brzuszne, wypatroszyły zdobycz a następnie zjadły mięso i wnętrzności.

 

Jest to pierwszy badany przez nas  przypadek kiedy zjadły opróżniony żołądek. Zawierał niewiele słabo strawionego pokarmu co sugeruje że łania została zabita wieczorem poprzedniego dnia jeszcze na początku żerowania. 

Żywa łania ważyła 75-80 kilogramów i łącznie z podrobami dostarczyła 30-35 kg mięsa nadającego się do zjedzenia. Jeden wilk potrafi zjeść do 4 kg mięsa. W polowaniu i pożeraniu zdobyczy uczestniczyło 6-7 wilków. Inne zwierzęta zjadły niewiele. Lisy i jenoty unikają świeżej wilczej uczty aby nie wpisać się w kartę dań. Ptaki miały tylko 2 godziny czasu po wschodzie słońca i wiele nie zwojowały. Bielik maksymalnie zjada do 0,5 kg, kruki po 0,20 kg. Bieliki były dwa, kruków 16 czyli razem mogły zjeść do czterech-pięciu kilogramów mięsa.

06 marca 2017

06 marca 2017 r.

Dzisiejsze liczenie ptactwa było prawdziwą przyjemnością ranek nad jeziorem okazał się w miarę ciepły, słoneczny i hałaśliwy. Gęgawy urządziły nad rezerwatem prawdziwą „bitwę o Anglię”. Podniecone pary jak formacje walczących myśliwców śmigają w  przestrzeni powietrznej. Na wodzie i w szuwarach też trwa wrzask oraz zamieszanie. Poranne liczenie wykazało czternaście par i kilkadziesiąt osobników w zwartym stadzie. To tylko w  zasięgu wzroku, kto wie ile jeszcze buszuje w trzcinowiskach lub żeruje na okolicznych, podtopionych łąkach. Trudno usłyszeć inne ptaki nawet bąki, które już wprawdzie jeszcze cicho i nieśmiało zaczynają buczeć po swojemu.

Buczy już nawet nasz stary sąsiad zwany „Panem na delegacji”. Ten dziwny przydomek otrzymał za regularne znikanie z domu i dalekie loty nad akwenami Świdwia. „Pan…”  mieszka tuż za rzeczką, kilkadziesiąt metrów od naszej wieży i stosunkowo łatwo daje się obserwować. Pojawia się za każdym razem w innym miejscu, kilka, kilkanaście metrów od gniazda, wspina się powolutku na trzciny. Długimi palcami każdej stopy obejmuje wiązki łodyg. W pewnym momencie znika by po chwili  wzlecieć ponad trzcinowy gąszcz. Wznosi się kilka metrów w powietrze i powoli, majestatycznie leci w kierunku wieży.

Bąk widziany z wieży. Foto: Lech Karauda

Omija ją łagodnym łukiem i wzdłuż kanału spokojnie pracując skrzydłami znika w perspektywie brzegów. Ten zwyczaj bardzo nas zastanawia, bo jeśli bąk buczy manifestując swoje prawa do terytorium to dlaczego regularnie fruwa na odległe obce tereny gdzie aż gęsto jest od jego buczących pobratymców. Takie zachowania najczęściej obserwujemy w sezonie lęgowym czyli w okresie wzmożonej działalności aprowizacyjnej. Tak mało wiemy o tajnikach życia zwierząt że przypisujemy im cechy i zachowania charakterystyczne dla ludzi. Oto kilka pomysłów dotyczących naszego sąsiada:

  • „Pan… „ leci na zachodni brzeg jeziora B gdzie poluje na małe ryby, mięczaki, duże owady i ich larwy. Żabie i kijance też nie przepuści. Tam brak trzcinowisk a między wysepkami porośniętymi łanami turzyc bąki nie gniazdują.
  • „Pan…” kłusuje po cichutku na obcym terytorium.
  • Najbardziej ludzką jest wersja sformułowana przez pewnego turystę, który ujawnił dogłębną znajomość tematu: „ ma drugą babę na tamtym końcu jeziora i większe  obowiązki”.

To tylko takie dywagacje, trzeba wrócić do tego co widać, choć widać niewiele. Dla własnego bezpieczeństwa dobrze jest zamaskować się  upodobnić do elementów swego siedliska i tu bąk osiągnął wirtuozerię. Seria pionowych pasków i kropek w ubarwieniu ukrywa sylwetkę ptaka przed okiem obserwatora. Zaniepokojony bąk podnosi długi, ostry dziób, wyciąga się do góry i znika na tle pionowych suchych trzcin. Podobno nawet kołysze się jak łodyga trzciny na wietrze. Samiec przedstawiony na zdjęciu, schwytany „chłodnym okiem” kamery zmusza nas do szukania odpowiedzi na pytanie „widzimy brzuszek czy plecy?”.

Bąk w trzcinach. Foto: Cezary Korkosz

W tym tekście nic tylko samce i samce a co z tzw. płcią przeciwną?. W czasie gdy panowie głośno buczą i czasami raczą pokazywać się obserwatorom, panie wysiadują jaja lub zajmują się potomstwem. Nasza „Pani na delegacji” pod koniec sezonu lęgowego dorabia polując przy zastawce na Gunicy bacznie jednak obserwując strefę powietrzną nad gniazdem. Wystarczy że pojawi się tam patrolujący błotniak stawowy a już narazi się na interwencję agresywnej, wrzaskliwej ptasiej mamy.

Bąki odlatują na zimę do zachodniej i południowej Europy ale często zdarzają  się osobniki zimujące u nas. Kilka razy w zimie trafiły do nas bąki chore lub osłabione z innych przyczyn. Choć wydają się zupełnie niegroźne są jednak bardzo niebezpieczne. Ostry, przypominający sztylet dziób może zadać głębokie rany. Pewną turystkę tylko okulary uratowały przed utratą oka.

Kilkuletnie badania liczebności tego gatunku wykazały populację 16-18 terytorialnych samców. Do sporego obszaru na północno-zachodnim sektorze rezerwatu nie udało się nam dotrzeć. Tam nie można ani dojść ani dopłynąć a przedzieranie się przez bagna, szuwary i małe jeziorka pełne osadów organicznych przyniesie przyrodzie więcej szkody niż pożytku.

Malutkim kuzynem bąka jest bączek, którego i tak bardzo niska liczebność ostatnio dramatycznie spada.  Rezerwat Świdwie może poszczycić się 3-4 hałasującymi w porze lęgowej samcami. Na nieprzebadanym terenie mogą żyć jeszcze 2-3 samce oczywiście z odpowiednią liczbą samic i młodzieży. Jedna para od kilkunastu lat gniazduje regularnie przy pomoście prowadzącym do czatowni. W zestawieniu z długością życia ptaka sięgającą dziesięciu lat można wydedukować że miejsce jest w jakiś sposób dziedziczone. Nie wiemy czy zajmowane jest przez inną parę czy też wdowiec lub wdówka dobierają sobie nowego partnera. Nawet nie wiemy czy bączki jak gęgawy żyją monogamicznie całe życie z jednym partnerem, czy corocznie dobierają się w pary.

Za dwa, trzy tygodnie gęgawy zajmą się wysiadywaniem jaj i wodzeniem piskląt. Ustaną dzikie wrzaski do głosu dojdą inne gatunki w tym bąki. Ich kuzyni bączki jak tylko przylecą z zachodniej Afryki też, tylko że one wydzierają się tak wieloma różnymi głosami że trudno je rozpoznać.

KO

Uszatka błotna

 Uszatka błotna (Asio flammeus)

W bardzo dawnych już niestety czasach terminowałem ornitologię u kolegów pracujących w Stacji Ornitologicznej „Świdwie” w Bolkowie. Kiedyś wracając z terenu zaproponowałem mojemu guru Sławkowi zwanemu Dzikiem by poszukać uszatki błotnej. Tenże nawet nie odwracając głowy powiedział: „zapoomnijjj”. Nie posłuchałem dobrej rady Dzika, bezskutecznie szukałem ptaka przez wiele lat aż w końcu rzeczywiście zapomniałem. Trwałem w tym błogostanie do połowy listopada 2016 roku. Jak grom z jasnego nieba dopadł mnie telefon od zaprzyjaźnionego fotografika Przemka, który grasuje z aparatem fotograficznym na obrzeżach rezerwatu. Bez szczególnego entuzjazmu i podniecenia powiedział: „mam uszatkę błotną, wracałem wczoraj samochodem już po zmroku i przy „bielikowej osice” zobaczyłem jakąś sowę, siedziała na złamanej wierzbie. Na wszelki wypadek pstryknąłem fotę przez okno, myślałem że to puszczyk. Dopiero w domu oznaczyłem ptaka”. Faktycznie zdjęcia jednoznacznie wskazywały na uszatkę błotną, najrzadszą, lęgową polską sowę.

 

Uszatka błotna. Foto: Przemysław Wójcik

Przemek zrobił swoje nie wiedząc nawet że podrzucił nam „kukułcze jajo”.Dokonaliśmy analizy sytuacji:

Wygląd. Nieco mniejsza od puszczyka, przód rozjaśniony z kreseczkami ciemniejszych piórek. Zagłębienia szlary ciemne, prawie czarne. Dziób czarny. Na zdjęciu nie widać charakterystycznych „uszek” na głowie, sowa pokazuje je tylko gdy jest zaniepokojona. Jak na razie wszystko wskazuje na prawidłowe oznaczenie gatunku.

Pożywienie. Kilka lat temu w tym terenie prowadzono badania gryzoni i innych małych ssaków. Nawet jedna z powierzchni badawczych leży kilkadziesiąt metrów od miejsca obserwacji sowy. Badania wykazały bardzo dużą liczebność norników, ulubionego pokarmu uszatki błotnej, okresowo nawet 61% odłowionych gryzoni stanowiły norniki.

Biotop. Teren gdzie była obserwowana uszatka stanowią wilgotne łąki miejscami w zagłębieniach silnie podtopione, porośnięte turzycami i trzcinami. Sąsiadujące z nimi suche murawy napiaskowe pokrywają łany szczotlichy siwej i kocanek. Od kilku lat przywrócono koszenie łąk. Pojedyncze drzewa rosną głównie  na poboczu polnej drogi. Z północnego zachodu wysuwają się klinem zwarte lasy Puszczy Wkrzańskiej. Od południa rozciągają się ekstensywnie uprawiane pola. Pozostałą część terenu zajmują mokradła południowego brzegu jeziora Świdwie i byłego jeziora zwanego Gytiowiskiem. Nic dodać, nic ująć biotop wręcz podręcznikowy.

Świdwie. Od kilku lat w tym miejscu często obserwowaliśmy podobną sowę jednak ze względu na trudność jednoznacznego oznaczenia gatunku w półmroku przyjęliśmy że jest to uszatka pospolita. Od czasu przemkowego odkrycia „uczymy się sowy” mając nadzieję że potwierdzi się jej gniazdowanie w rezerwacie Świdwie. Od tego czasu już dwukrotnie stwierdziliśmy obecność podejrzanej sowy w tym miejscu. Jednak pomni słów znanego fotografika przyrody nieżyjącego już Artura Tabora, który wielokrotnie odwiedzał ponoć stuprocentowe miejsca występowania uszatki błotnej i musiał przyznać się do klęski, traktujemy sukces ostrożnie. „Sowy” wspaniała, wydana kilka lat temu książka Artura prezentuje wszystkie gatunki polskich sów nawet te, które tylko okazjonalnie zalatują do naszego kraju. Uszatki błotnej w niej nie znajdziemy.

Uszatka błotna ( Asio flammeus ) ma bardzo rozległy obszar występowania, niestety jednak dość śladowo zasiedlony. W Europie ( bez Rosji ) liczebność mieści się w granicach 120-550 par.  W Polsce 15-80 par gniazduje w bagiennych dolinach północnego wschodu kraju. Pojedyncze legi stwierdzano w pasie pojezierzy pomorskich i na Lubelszczyźnie. Liczba par lęgowych zależy od podaży norników. W tak zwane „chude lata” bardzo niewiele par zajmuje się przedłużaniem istnienia gatunku. Sporadycznie odchowywane są młode, sukces lęgowy zbliża się do zera.

Najłatwiej stwierdzić obecność uszatki w czasie toków inicjujących sezon lęgowy, wtedy samce latając dość nisko nad ziemią w charakterystyczny sposób klaszczą skrzydłami, wabiąc samice. Pary budują gniazda wyściełając suchą trawą płytki dołek wygrzebany w suchej ziemi. W gnieździe samica składa nawet do dziewięciu jaj.

Uszatka błotna w Polsce objęta jest ścisłą ochroną gatunkową.

KO

PRZEDWIOŚNIE

 

 Koniec ciemnej, nudnej zimy przyroda budzi się do życia jeszcze trochę a przyjdzie wiosna.



Ptasie imperium

blisko Szczecina

Mapa dojazdu