logo

 
Rezerwat "Świdwie" zaprasza
 
  • Home

Wodniczka

Niewielki ptaszek, w ostatnich dwóch, trzech dziesięcioleciach zrobił oszałamiającą karierę jako gwiazda medialna, stał się ikoną ochrony przyrody. W latach dziewięćdziesiątych dość przypadkiem odkryto sporą populację wodniczek na Karsiborskich Łąkach. A co było wcześniej?. Po II wojnie światowej mimo licznych badań, nikt nie podawał obecności tego gatunku w szeroko pojętym estuarium Odry. Trzeba było sięgnąć głębiej, tu niezastąpionym źródłem są prace Paula Robiena ( Paula Ruthke ).

Zacytuję fragment; Paul Ruthke „Die Brutvogel des Monnegebietes im pommerschen Oderdelta” . Herausgeber: Dr. Herbert Bruns und Dr. Otto Niebur. 1951 w tłumaczeniu Joanny Behrendt.

Acrocephalus paludicola jest ptakiem charakterystycznym dla rozległych porośniętych turzycą łąk całej Doliny Odry. Z każdego wyłaniającego się z morza traw źdźbła, z każdej byliny, godzinami rozlega się po tych terenach jednostajny, wibrujący śpiew samczyków, tak różny od urozmaiconego śpiewu rokitniczki. Jednakże trzepoczący wiosenny lot tokowy rokitniczki jest również udziałem tego ptaka. Podczas gdy na terenie wyspy Mienia gatunek ten ogranicza się jedynie do niewielu łąk turzycowych, zwłaszcza Łąki Mieleńskiej, na terenie Doliny Odry na południe od Szczecina wodniczka występuje miejscami znacznie częściej niż rokitniczka. Natomiast na terenach porośniętych zaroślami jest częściej spotykana. Jednak jeśli na otwartej przestrzeni zbliżymy się do śpiewającej wodniczki, od razu znika bez śladu w morzu turzyc. Na skutek swojego trybu życia, bardziej skrytego niż w przypadku rokitniczki, niektóre aspekty jej okresu lęgowego pozostają dla nas nieznane. Gniazda znaleźć można jedynie przypadkowo. Budowane są wśród turzyc i są nie do odróżnienia od małych gniazd rokitniczki. Nie mogliśmy również z całą pewnością rozróżnić jej jaj. Liczebność wodniczki zdaje się w ostatnich latach wahać. Szczególnie często występowała w latach 1927, 1931 i 1934. Od połowy do końca czerwca widuje się gotowe do lotu młode. Natychmiast daje się ponownie zauważyć wzmożona aktywność śpiewacza, co nasuwa przypuszczenie o dwóch lęgach, możliwe, że jedynie częściowych. Bardzo ważne są dalsze badania w tym zakresie!”

Tyle Robien.  Wkrótce na ponad pół wieku  nastąpiła wodniczkowa „czarna dziura” czyli żadnych informacji, nawet pewnie już zapomniano o tym gatunku. Przynajmniej na terenach polskich bo w Europie niewielka populacja była podawana w Szwajcarii. Dopiero przypadkowe odkrycie w Karsiborzu wywołało ogromne zainteresowanie w światku polskich i europejskich „ptakolubów” a co ważniejsze sponsorów nie szczędzących grosza na ochronę ptaszka, który odrodził się jak Feniks z popiołów. VIP-y gromadnie odwiedzały Karsiborską Kępę, nawet głowy prawie koronowane, bo wizytujący rezerwat książę Walii jest dopiero następcą brytyjskiego tronu.

Szum medialny spowodował wręcz lawinowe ekspansywne odkrywanie kolejnych stanowisk rzadkiego ptaszka.  Każdy chciał upiec swoją pieczeń, podłączyć się do strumyka euro, stać się sławnym lub nakarmić lokalny patriotyzm. Ekspansji geograficznej ptaszki dokonały wręcz w wybuchowy sposób. W ciągu kilku lat wodniczka ujawniła się w wielu punktach na obszarze sięgającym Moskwy, Węgier,  południowej Ukrainy i północnej Łotwy. Szacunki mówią o około 20 tysiącach par w skali światowej. W Polsce największe populacje żyją na Bagnach Biebrzańskich, w Dolinie Narwi, Chełmskich Torfowiskach Węglanowych, na terenach Dolnej Odry i wstecznej delty Świny.

Wodniczka. Foto: Clanga

Szok po ponownym odkryciu wodniczki na Karsiborskiej Kępie trwał przez 2-3 lata. Sprawozdania roczne podawały nawet po 260 spiewających samców czyli 3-4 osobniki na hektarze łąki brutto ( z krzakami, wodami, wałami przeciwpowodziowymi itp. ). Wkrótce skorygowano liczebności do poziomu 20 śpiewajacych ptaków, potem już tylko siedmiu i pięciu w kolejnym roku. Od kilku lat nie stwierdzono występowania wodniczki w siedlisku. Zresztą nie tylko na Karsiborskich Łąkach, Niemcy stały się krajem zupełnie bez wodniczki. Na pomorzu zachodnim jedynie kilka śpiewających samców utrzymuje się w turzycowiskach  Bagien Rozwarowskich. Na starych siedliskach trwają poszukiwania.

Poszukiwanie wodniczki. Foto: Kazimierz Olszanowski

Nie sposób stwierdzić czy wodniczaka na zachodnich skrajach występowania zanika z przyczyn naturalnych czy może szkodzi jej zbytnie zainteresowanie „wodniczkologów”. Lokalni specjaliści od wodniczki mogą wyginąć podobnie jak ptak tylko że z braku zajęcia i kasy. Wymyślono nową strategię; „ na Bagnach Biebrzańskich” odłowi się z pięćdziesiąt ptaków i wypuści w Karsiborzu”. Wspaniały pomysł potraktowania żywych ptaków jak martwe przedmioty budzi zastrzeżenia etyczne spowodowane obawami o los ptaków. Bo co się stanie jeśli okaże się że populacja biebrzańska różni się genetycznie lub od pokoleń odlatuje na zimowiska inną trasą niż ptaki z Delty Odry. Co zrobią przymusowi imigranci z Biebrzy, czy mają szansę przeżyć?.

Migracja

O migracjach wodniczek wiemy bardzo niewiele. Dopiero od niedawna dzięki chipom, w które zaopatrzono kilkanaście osobników i śledzeniu ich ruchów przez urządzenia satelitarne mamy jeszcze wprawdzie dość niejasny pogląd na trasy wędrówek tego gatunku. Owa niejasność wynika z faktu że odzyskano tylko jeden chip a jak wiadomo jedna jaskółka wiosny nie czyni. Na podstawie badań, w tym trasy zapisanej w urządzeniu uznano że wodniczki z Europy środkowej i wschodniej, różnymi szlakami przez Niemcy, Belgię, Holandię, Francję i Gibraltar odlatują do zachodniej Afryki gdzie zatrzymują się dłużej, zimując na terenie Senegalu. Ostatnie badania wykazały że przynajmniej część, w drodze powrotnej przelatuje w poprzek Afrykę subsaharyjską i przez Bałkany powraca na tereny lęgowe. Jak na niewielkiego ptaszka pokonuje całkiem sporą trasę okrężną, prawdopodobnie odwiedzając kolejno miejsca zasobne w pokarm; drobne owady. Kilku badaczy twierdzi że, niektóre populacje w obydwie strony przelatują nad Bosforem.

Rodzi się pytanie co z pozostałymi ptakami obarczonymi plecakami z chipami i zmuszonymi do pokonania dalekiej, trudnej drogi z dodatkowym obciążeniem. Ciężar i znacznie zwiększony opór powietrza w czasie lotu mogły spowodować że większość ptaków nie doleciała do celu.

Całą wodniczkową aferę mimo woli zapoczątkował prawie sto lat temu Paul Robien. Tylko że on miał zupełnie inne motywacje i nie szkodził zwierzętom, pewnie dlatego zasłużenie przeszedł do historii.

Paul Robien (  Paul Ruthke) ( 1882-1945 )

Urodzony w Bobolicach na Pomorzu, pierwsze kilkanaście lat życia spędził na ustawicznej gonitwie za chlebem, imając się przeróżnych prac, nawet żebrząc w czasie włóczęgi po Europie. Kolejne lata pływał jako palacz lub marynarz na niemieckich statkach. Przed 1912 rokiem powrócił na Pomorze i osiedlił się w Szczecinie. Pracował w muzeum badając i preparując ptaki. Po I wojnie światowej osiadł na wyspie Zoll Werder ( Sadlińskie Łęgi ), początkowo bytując na łodzi nieco przystosowanej do zamieszkania a następnie w specjalnie wybudowanej przez miasto Szczecin stacji ornitologicznej. Traktując stację jako bazę wypadową organizował wyprawy w atrakcyjne przyrodniczo tereny, samotnie lub z grupą wolontariuszy przemierzał Meklemburgię i Pomorze Zachodnie, badając ornitofaunę. Również stacja była często odwiedzana przez ornitologów lub ludzi zainteresowanych ptakami.

Początek XX wieku to czasy kiedy jeszcze kwitł proceder nazywany myślistwem sportowym. Kilku „sportowców” wsiadało w bryczkę i jadąc po plaży strzelało do wszystkiego co mogło fruwać. Wygrywał ten, który miał na koncie najwięcej zastrzelonych ptaków, głównie mew.

W swoich publikacjach Robien przeciwstawiał się ostro takiemu i podobnym procederom. Uważał że każde stworzenie ma prawo do życia, że człowiek jest tylko częścią przyrody i nie powinien jej bezmyślnie niszczyć. Musiały minąć trzy pokolenia by idee Robiena znalazły uznanie u współczesnych. Teraz już wszyscy mówią o zrównoważonym rozwoju, lecz mało kto wie co to naprawdę znaczy.

Paul Robien przeżył wojnę na swojej wyspie. W grudniu 1945 roku jeden z polskich rybaków mieszkających w Dąbiu, znalazł zwłoki Robiena i jego żony Ewy, w pobliżu stacji. Prawdopodobnie zostali oboje zamordowani przez radzieckich marynarzy pilnujących lotniskowca „Graf Zeppelin”, który miał być niedaleko zakotwiczony. To jest wersja w miarę oficjalna, nie uwzględniająca faktu że Rosjanie podnieśli  wrak okrętu dopiero w maju 1946 roku czyli pół roku po śmierci Robiena i Ewy Widhorn. Miejscem zatopienia lotniskowca były okolice Stoczni Remontowej „Gryfia” odległe o 9 kilometrów od domu Robienów.

Jeśli prawdą są informacje że Robien odważył się napisać w czasie I wojny listy do kaisera z propozycją abdykacji a tym samym przerwania bezsensownej rzezi wojennej, oraz w czasie kolejnej wojny do Goeringa z żądaniem likwidacji bazy wodnosamolotów na jeziorze Dąbie, bo samoloty płoszą ptaki, możemy domniemać że był człowiekiem prawym, odważnym, bezkompromisowym choć może nieco naiwnym. Obecnie został uznany ojcem duchowym niemieckich „Zielonych”.

Drugiego sierpnia bieżącego roku gościł nad Świdwiem pan Hartwig Ruthke wnuk Paula Robiena. Księgozbiór Świdwia wzbogacił się dzięki tej wizycie o dzieło jego autorstwa:

Paul Robien 1882 - 1945

Paul Ruthke  1908 - 1981

wydanego z okazji setnej rocznicy powołania stacji ornitologicznej na wypie Mienia.

KO

Gągoł

Na stronie internetowej Regionalnej Dyrekcji Ochrony Środowiska w Szczecinie opublikowano informację o budowie domków lęgowych dla gągołów. Jeszcze sami na Świdwiu nie przeczytaliśmy notatki a już rozdzwonił się telefon i posypały się pytania. Co to jest ten gągoł?, dlaczego właśnie tam rozwiesza się budki?, itp. Poniżej próba odpowiedzi na pytania.

Gągoł ( Bucephala clangula )

Jak u wszystkich kaczek występuje silny dyformizm płciowy, samce są kontrastowo czarnobiałe, można je łatwo rozpoznać w locie po świszczącym dźwięku wydawanym przez szybko trzepoczące skrzydła. Na wodzie cechą różniącą je od innych czarnobiałych kaczek jest „dwa numery za duża” ciemna głowa. Samice noszą ciemnoszarą szatę zdecydowanie stonowaną w jarzębaty wzorek.

Gągoły odżywiają się przedstawicielami frutti di mare ale też nie gardzą miękkimi nasionami roślin wodnych. Może i nawet gardzą, ale przy niedoborze lub braku białka zwierzęcego trzeba przejść chwilowo na dietę wegetariańską.

Zachowania lęgowe u gągołów zaczynają się już późną jesienią. Wtedy na Świdwiu obserwujemy stadka kilku samców emablujących pojedynczą samicę. Samce prezentują nienaganny strój i taneczne ruchy. Podobne zachowania obserwujemy również wiosną co sugeruje że panie tego gatunku są wybredne a może tylko udają nieprzystępne. Jak samica już w końcu wybierze najlepszego kandydata to i tak na skonsumowanie związku pozwoli dopiero wiosną.

 Para w czasie toków. Tu samica „podrywa” samca. Foto: Lech Karauda

Podobno pary żyją w monogamii czemu jednak zaprzeczają częste krzyżówki międzygatunkowe z bielaczkiem. Samce tego gatunku też pysznią się kontrastowym czarnobiałym ubarwieniem stąd samice gągołów pewnie nie potrafią lub może nie chcą zauważyć różnicy. Ciekawość jest pierwszym krokiem do zdrady.

Gągoły jak na nurkujące kaczki grążyce gniazdują bardzo oryginalnie, wysoko na drzewach w dziuplach opuszczonych przez dzięcioły czarne. Nie jest takie pewne czy dzięcioły wyprowadziły się bez nacisku a nawet przymusu ze strony kaczek. Ornitolodzy wspominają o: „ fakultatywnym pasożytnictwie lęgowym...” co po przetłumaczeniu na język polski sugeruje że gągoł potrafi brutalnie wyrzucić dzięcioła z zajmowanej dziupli. Gniazdo wyściełane jest drobnymi, miękkimi trocinkami i delikatnym puchem. Samica gągoła składa do 10 jaj wysiadywanych około miesiąca. Wysiadująca samica od czasu do czasu musi pozostawić lęg i polecieć na żerowisko. Jajka na czas nieobecności przykrywa wyściółką gniazda. Powrót bywa dramatyczny, obserwowaliśmy jak bidula nie trafiła w dziuplę. Szybko lecący ptak uderzył w pień drzewa i oszołomiony spadł na ziemię. Dopiero po upływie pół godziny ponowił próbę. Tym razem na szczęście udaną.

 

Samica gągoła. Foto: Cezary Korkosz

Młode w dzień, dwa po wykluciu opuszczają gniazdo i wabione przez matkę wyskakują na ziemię nawet z kilkunastu metrów. Jak tylko malutkie puchate kłębuszki pozbierają się po pierwszym, pionowym locie matka wiedzie je do najbliższego zbiornika wodnego. Tam już malutkie pisklaczki same zdobywają pokarm, matka do czasu osiągnięcia lotności przez młode ( około dwóch miesięcy ) jeszcze strzeże potomstwa. O roli samców w wychowaniu młodych historia dyplomatycznie milczy. Nic nie wiemy też jak wychowywane są międzygatunkowe hybrydy z bielaczkiem. Na szczęście ten gatunek prezentuje zachowania lęgowe prawie identyczne z gągołem. Też gniazduje w dziuplach i młode też w pierwszych dniach życia bawią się w spadochroniarzy. Ciekawe czy będą zachowywać się jak gągoły czy jak bielaczki. Jest prawie pewne że nie przekażą swoich genów kolejnemu pokoleniu. Nigdzie nie stwierdzono istnienia i rozwoju trwałej populacji gągołobielaczków czy bielaczkogągołów.

 

Samica z młodymi. Foto: Cezary Korkosz

Zaprzyjaźniony, niemiecki ornitolog opowiadał o samicy gągoła, która przez kilka lat gniazdowała w jakimś zakamarku jednej z wież słynnej katedry w Kolonii. Spektakl wyskakiwania młodych oglądało czasem kilkanaście tysięcy osób specjalnie wyczekujących tej scenki. Młode po udanym lądowaniu, pod osłoną kordonu policji wędrowały ulicami miasta do Renu.

Obserwowano kiedyś ciekawe zdarzenie, na małym śródleśnym jeziorku spotkały się dwie samice z młodymi i rozgorzała zacięta wojna o terytorium. Gdy jedna z samic zginęła skutkiem bezlitosnych szykan, ta druga jak własna matka zajęła się osieroconymi pisklętami. Zdarza się że w jednej dziupli składają jaja dwie samice. Nasuwa się pytanie; jak dzielą się obowiązkami rodzicielskimi i czy też dochodzi do wojny w domu i na żerowisku. Młode w takim zniesieniu wykluwają się w dwóch grupach. Jedna z samic zapewne opuści gniazdo z pierwszymi wyklutymi pisklętami. Tu można obserwować mechanizm działań instynktownych. Samica siedząca na ziemi wabi pisklęta . One wspinają się po ściankach głębokiej często na dwa metry dziupli i wyskakują. Jak mimo wabienia pisklęta już nie skaczą samica traktuje to jak koniec zabawy i wyrusza do najbliższego jeziora lub rzeki. Jeśli w gnieździe pozostaną jacyś spóźnialscy zginą bez matczynej pomocy.

Druga samica pewnie kontynuuje wysiadywanie reszty jaj. Na pytanie czy aby każda wychowuje swoje dzieci odpowiedzi nie znamy. Ptaki jak sądzę też.

W Polsce gągoł jest nielicznym ptakiem lęgowym, zasiedla głównie pas pojezierzy. Głównymi zagrożeniami są; likwidacja dziuplastych drzew i postępująca eutrofizacja wielu jezior. W mętnej wodzie ptaki nie widzą pokarmu. Jako gatunek zagrożony gągoł wymaga pomocy ze strony ludzi czyli tak zwanej czynnej ochrony. By dać szansę przetrwania pięknym, ciekawym ptakom trzeba zapewnić im miejsce na gniazdo i dostęp do pokarmu. Czyste „młode” polodowcowe, ukryte w lasach lobeliowe jeziora zapewniają wystarczającą ilość dostępnego pokarmu dla gągołów, stwierdzono jedynie niedobór miejsc na lokale mieszkalne. Ten typ jezior napotykamy najczęściej we wschodniej części naszego województwa.

Już ponad dwadzieścia lat temu Zachodniopomorskie Towarzystwo Ornitologiczne rozmieściło kilkadziesiąt domków lęgowych ( sztucznych dziupli ) na terenie województwa. W tym kilkanaście w okolicy Świdwia. Akcja zakończyła się sukcesem, kilka z nich zajęły gągoły, w większości pozostałych osiedliły się inne gatunki ptaków.

KO

Aspekt wiosenny

Już od wielu lat fascynują mnie wiosenne „wyroje” małych kwiatków. W pobliskiej buczynie przez całe lato panuje monokultura wręcz monochromatyczna. Oprócz traw i ziół porastających  nasłonecznione skraje zwartego lasu napotykamy tu tylko zielonawą szarość bukowych, kolumnowych pni, zieleń listowia i złoty brąz ubiegłorocznych liści na ziemi i nic więcej. Czasem tylko trafimy na zieloną powłokę mchów porastających leżący na ziemi konar. Jesień zdobi las kolorowymi akcentami grzybów i wkrótce maskuje kolejną warstwą złotych liści. I tak jest do wybuchu następnego,wiosennego szaleństwa.

 

Aspekt wiosenny w pełnej gali. Foto: Monika Frankiewicz

Wykorzystując brak listowia na drzewach i nieśmiałe promyki słońca dno lasu pokrywa się pospiesznie kobiercami niewielkich kolorowych kwiatków.

Przylaszczki. Foto: Andrzej Kopeć

Pierwsze są białe przebiśniegi a następnie , zawilce białe i żółte, złocie, żółte słoneczka ziarnopłonów, przylaszczki pospolite ( tylko z nazwy ), miotełki szczyru trwałego. Nieco później dość okazale kwitnie kokorycz pyszniąca się białymi i fioletowymi kwiatkami. Ona najlepiej rozwija się w bogatych w próchnicę żyznych grądach. W naszym kraju prawie połowę gruntów zajmowały siedliska gradowe. Ostatnie minione, milenium szczególnie na Pomorzu Zachodnim przyniosło ich znaczne wytrzebienie. Zwarte dąbrowy z domieszkami grabów i buków wycięto prawie do imentu by zrobić miejsce dla roślin uprawnych i naszych domów i innych budowli. Pozostało bardzo niewiele grądów w niezmienionym stanie. Celem dalszego ich zachowania lasy grądowe zostały włączone w sieć Natura 2000.

l

Kokorycz. Foto: Grażyna Domian

Powszechne zainteresowanie budzi łuskiewnik różowy wyglądający nieco jak roślina z innej planety. Jest dość rzadko spotykany może dlatego że kwitnie bardzo krótko, zaś na stanowiskach napotykaliśmy tylko po kilka kwiatostanów. Jest dziwną podziemną rośliną, białe liście wyrastają łuskowato na podziemnym pędzie. Jakoś nigdzie nie widać zielonego chlorofilu co zastanawia jak to zielsko, nie zielsko przyswaja energię słoneczną czyli dokonuje fotosyntezy. Odpowiedź na ten problem jest prosta; jak roślina sama nie może pozyskiwać energii to musi okradać inne: jest pasożytem. Łuskiewnik należy do rodziny zarazowatych, a jak komuś się to nie podoba to ma jeszcze do wyboru rodzinę trędownikowatych. Tu zdania systematyków są podzielone co przypomina dzielenie włosa na czworo.  W końcu trąd jest wywoływany przez zarazki.

Łuskiewnik różowy. Foto: Kazimierz Olszanowski

Sezon małych kwiatków z reguły kończą fiołkowe fiołki. Zastrzeżenie dotyczące koloru wynika z faktu obserwacji kilku stanowisk zupełnie białych fiołków, ale nie wiem kiedy one zanikają. Już w maju buki zwartymi koronami zacieniają dno lasu nie dając szansy dalszego kwitnienia kolorowym zwiastunom wiosny, muszą się one rozmnożyć, schować w glebie i przetrwać do następnego sezonu kiedy to znowu błyskawicznie wyrosną, zakwitną, rozsypią nasiona i zamrą w ziemi.

Zaprzyjaźniony leśnik nazwał to zjawisko aspektem wiosennym. Trzeba się uczyć całe życie toteż zajrzałem na początek do Wikipedii:

„Aspekt sezonowy, aspekt roślinny, aspekt fenologiczny, sezonowe stadia rozwoju zbiorowisk roślinnych – okresowy obraz zbiorowiska roślinnego kształtowany przez dominujący wizualnie etap rozwoju niektórych gatunków roślin (zwykle kwitnienie i owocowanie). Klasyczne, wyraźnie kontrastujące wizualnie aspekty występują w lasach grądowych, w których wczesną wiosną, pod bezlistnymi koronami drzew wykształca się krótkotrwały aspekt wiosenny z zawilcami, fiołkami, złociami i ziarnopłonami”.) ( Wikipedia.)

Powiało grozą; jak można o tak pięknym zjawisku pisać w taki niepiękny, bełkotliwy sposób. To chyba maniera botaników i leśników, którzy uwielbiają pisać w żargonie niby naukowym, na dodatek jeśli tylko jest cień szansy, usianym łacińskimi nazwami roślin lub zbiorowisk roślinnych. Tu wybrałem fragment bez słów łacińskich bo staram się nie używać zwłaszcza tej drugiej „łaciny” a korci mnie czasami zwłaszcza jak czytam podobne teksty.

W Szczecinie też można spotkać się z aspektem wiosennym, nie tylko w lasach, z których miasto słynie, czy na terenie działek i przydomowych ogrodów. W centrum miasta na reprezentacyjnym placu Jasne Błonia pod konarami bezlistnych aktualnie platanów za sprawą miejskich ogrodników pojawia się aspekt wiosenny czyli mówiąc językiem polskim zakwitają łany kolorowych krokusów.

„Aspekt szczeciński”. Foto: Maciej Krzeptowski

Bajeczny pokaz trwa tylko kilkanaście dni. Tegoroczna, wcześniejsza wiosna spowodowała przyspieszenie kwitnienia roślin, już przekwitają, za kilka dni zanikną a my czekamy na następny, szczeciński spektakl z magnoliami w rolach głównych. Utrzymanie tak wielkich ilości krokusów zapewne wymaga ogromnej pracy o kosztach nawet nie wspominając. Zadaję pytanie zresztą retoryczne; …czy warto?. Oczywiście warto skoro dla wielu mieszkańców miasta odwiedzenie krokusów stało się już tradycją a sporo osób przyjeżdża do Szczecina by uczestniczyć w tym zjawisku.

W innych częściach świata też spotykamy się z procesami podobnymi do aspektu wiosennego. W pasie zwrotnikowym zajętym przeważnie przez pustynie wystarczy jak nawet raz na dziesięć lat spadnie ulewa. W ciągu kilku dni od horyzontu po horyzont bezkresne równiny zakwitają, w serii kolorowych odsłon, to kolejno zakwitają różne gatunki roślin. W mgnieniu oka rośliny wykorzystując resztki wody rozwijają się i giną w morzu znowu suchego piasku. Podobnie w tundrze gdzie jak mówią Rosjanie przez dziesięć miesięcy jest zima a potem samo lieto i lieto bajecznie kwitnące rośliny rozpychają resztki płatów śniegu by zdążyć wydać pokolenie potomne przed nadejściem kolejnej długiej zimy.

W rezerwacie Świdwie na koronie bobrowej tamy przy zastawce pojawiła się sprinterska roślina, w kilka dni osiągnęła wysokość ponad 40 centymetrów znacznie wyprzedzając wszystkie inne w okolicy. Nie jesteśmy jeszcze w stanie oznaczyć gatunku. Wkrótce pewnie dowiemy się co to jest, czy jej pospiech wynika z aspektu wiosennego, czy zabezpiecza się przed spadkiem poziomu wody. Czy też może ona właśnie już taką jest.

KO

Szpaczy balet

Chyba przyjdzie uwierzyć w ocieplenie klimatu, szybki wzrost temperatury spowodował że ledwie  przyszła kalendarzowa wiosna a już łatwiej wymienić gatunki ptaków, których jeszcze niema niż te co już wróciły do nas bądź przelatują na północ. Z ociepleniem klimatu chyba się troszkę pospieszyłem, jeszcze kilka lat temu nawet w początkach kwietnia musieliśmy do pracy jeździć na nartach biegowych. Mimo alarmujących publikacji naukowych i pseudonaukowych klimat nie zmienia się tak szybko. Jak na razie słoneczna, ciepła pogoda nie wskazuje na poważniejszy nawrót zimy choć zbliża się kwiecień, „kwiecień plecień….”, jak mówi stare przysłowie i nie wiadomo czy nie przyniesie jakiejś brzydkiej, zimnej niespodzianki.

Powitanie i odejście zimy na Świdwiu celebrują stada szpaków. Ten dość pospolity nawet w dużych miastach gatunek w przełomowych okresach na początku i końcu migracji grupuje się nad jeziorem w ogromnych, zwartych stadach liczących nawet do 20 tysięcy osobników. Przed samym zachodem słońca szpaki krążą nad jeziorem i trzcinowiskami wypatrując dogodnego miejsca na nocleg. Często ich gromady przybierają najdziwniejsze, często zmieniające się  formy. Lecąc nisko nad bagnami Świdwia stado wysyła w różne miejsca grupki zwiadowców. Po ich powrocie chyba zapada decyzja dotycząca wyboru miejsca noclegowiska. Z pewnością pozostanie tajemnicą kto i jak podjął taką decyzję, w każdym razie obowiązuje ona wszystkie szpaki. W kolejnych nalotach lądują duże grupy ptaków. W ostatnich kilku latach odbywało się to w bliskim sąsiedztwie naszej wieży, dzięki temu można było obserwować szczegóły spektaklu. Szpaki w grupkach liczących  po kilka osobników siadają na suchych trzcinach, zdarza się że łodygi pękają po ich ciężarem, wtedy przenoszą się na inną łodygę. Zanim całe towarzystwo ulokuje się wygodnie trwa ruch, słychać  piski i krzyki aż do chwili gdy zupełnie jak na jakiś sygnał nastaje spokój i cisza.

Inne ptasie gatunki podobnie jak bieliki na zdjęciu poniżej traktują szpaczy spektakl dość ambiwalentnie, choć małe drapieżniki atakują stado w powietrzu starając się uszczknąć dla siebie jakiegoś szpaka na przekąskę. Nigdy nie zaobserwowaliśmy udanego ataku na zwarte stado. Czasem tylko odłączony od stada osobnik padał łupem sokoła czy krogulca. Jeśli akurat taflę jeziora pokrywa lód można zauważyć jenoty lub lisy ciągnące w kierunku noclegowiska i  pewnie żywo zainteresowane wzbogaceniem diety.

Foto: Przemysław Wójcik

Zupełnie inne zainteresowanie przejawiają ludzie. Już od lat w odpowiedniej porze zbierają się przy wieży zagorzali miłośnicy szpaczego występu.  W tym czasie często odbieramy telefony z pytaniem „ .. już są?. . Jeśli główni aktorzy  przylecieli wkrótce też pojawią się widzowie. Wszyscy przyglądają się w skupieniu. Stada krążąc nad ziemią formują najdziwniejsze kształty i formacje, a to jakieś niby UFO, a to idealna kula ptasich ciał, w innej chwili ogromne cygaro czy grzyb. Od czasu do czasu na krótko pojawiają się na niebie kształty unikalne, niespotykane jak sylwetka lamparta uwieczniona przez aparat fotograficzny.

 Foto: Przemysław Wójcik

Wprawdzie lampart jest nieco obkurtyzowany, bez ogona, trudno jednak wymagać by polskie szpaki znały dokładnie budowę afrykańskiego lamparta. Może to właśnie lampart złośliwie  ukrył ogon.

Po gościnnych występach na Świdwiu szpaki odlatują na południe, większość kończy wędrówkę w Rzymie. Niegdyś migrowały znacznie dalej nawet na północne wybrzeża Afryki. Jednak gdy odkryły ciepłą strefę nad miastem ograniczyły zasięg wędrówek. To ludzie ogrzewając swoje budynki i spalając w silnikach samochodowych tysiące ton paliw płynnych podgrzali środowisko i urządzili szpakom doskonałe warunki do przezimowania. Rzymianie mają świetna okazję do obserwacji ptasiego spektaklu. Jednak każdy kij ma dwa końce. Ponad pięć milionów ptaków przylatujących z północnej Europy co wieczór krąży nad miastem siejąc dziesiątki ton odchodów na ludzi, ulice i samochody. Wieczorne spacery ulicami wiecznego miasta wymagają użycia parasoli, samochody na parkingach przykrywa się folią. Ważniejsze zabytki chronią specjalne patrole emitujące głośnikami ostrzegawcze głosy szpaków atakowanych przez powietrznego drapieżnika. Cieszą się jedynie ornitolodzy, ich przedmiot badań krąży nad głowami badaczy i można bez żadnej fatygi dokonać obserwacji. Już odkryto w jaki sposób ptaki reagują na nagłą zmianę kierunku lotu. Ponoć każdy szpak stosując powtarzalny schemat bacznie śledzi ruchy 6-7 sąsiednich ptaków. Wystarczy że jeden dokona korekty lotu a już w ułamku sekundy jest reakcja pobliskich osobników. Nie wyjaśnia to jednak kto kieruje całym stadem, kto zapoczątkowuje  „reakcję łańcuchową” w mgnieniu oka obejmującą całą chmarę.

Wracając na nasze podwórko. Często słyszymy opowieści w stylu „ ..w moim ogródku pojawia się ptak, jest…”. Wypowiedź kończy pytanie „co to może być?”. Problem najczęściej dotyczy szpaka lub kosa. Są to dość podobne gatunki, jednak nie wnikając w szczegóły wyglądu można je odróżnić po sposobie poruszania się po ziemi. Szpak biega, kos skacze. Inne różnice widać na załączonych poniżej fotografiach. Ponoć jeden obraz mówi więcej niż tysiąc słów.

Szpak /Sturnus vulgaris/ samiec w „galowej” szacie. Foto: Cezary Korkosz

Kos / Turdus merula/ samica. Foto: Cezary Korkosz

 

KO



Ptasie imperium

blisko Szczecina

Mapa dojazdu